RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
Ten blog nie stanie się szokowaniem taniością i wklejaniem czyichś tekstów ("Wydalnicze tabu") ale teraz musze.

Poważny artykuł dotyczący tabu w poprzednim numerze „Polityki” przypomniał mi, że poza istotnymi tematami, których unikamy w rozmowie, są też inne, mniej istotne. Im też warto poświęcić chwilę uwagi. Na przykład temat związany z fizjologią, a ściślej z wydalaniem. Dziewiętnastowieczna (czy może wręcz wiktoriańska) etykieta wykluczała te sprawy z jakiejkolwiek publicznej rozmowy.



Od najwcześniejszego dzieciństwa uczono nas eufemizmów, jakimi określano potrzeby, których nie należało nazywać po imieniu. Toaleta była miejscem, do którego nawet król chodził piechotą; w szkole można było wyjść z lekcji „za potrzebą”, nie mówiąc jaką (a mogła to być potrzeba tak zdrożna, jak na przykład wypalenie papierosa, oczywiście w miejscu, do którego nawet król chodzi piechotą). Wiktoriański język nazywał toalety miejscem pudrowania, czyli poprawiania makijażu, co dotyczyło również panów, jako że ci także pudrowali oblicza po goleniu (co do dziś przetrwało w wielu telewizjach, gdzie przed audycją pudruje się panów w przekonaniu, że publiczność nie może zobaczyć, iż ich oblicza w światłach studia mają naturalny odblask).

Pracując w Niemczech w różnych teatrach często odczuwam pewną niewygodę, słysząc jak moje gwiazdy starannie wykładają swój zamiar, kiedy udają się na stronę. Mówią precyzyjnie, że idą do toalety, a nawet czasem precyzują charakter czynności, którą mają zamiar przeprowadzić. Odruchowo krzywię się, słysząc te precyzyjne informacje i pytam się w duchu, czy ja to muszę wiedzieć? Fizjologia jest fascynującą dziedziną badań medycznych, ale na co dzień myśl o wydalaniu kojarzy się z przykrym zapachem.

W czasach realnego socjalizmu publiczne toalety były z reguły miejscem cuchnącym, podobnie jak wojskowe latryny. Wszyscy, którzy żyliśmy w tamtych czasach, mamy w pamięci charakterystyczny zapach środków dezynfekcyjnych, jaki jeszcze daje się wyczuć np. na pokładach starych radzieckich samolotów lub pociągów. Takie właśnie pociągowe doświadczenie dotknęło mnie niedawno, kiedy wędrowałem do Petersburga na obchody jego trzechsetlecia. Z racji zjazdu głów wielu państw na trzy dni zamknięto przestrzeń powietrzną nad miastem i zawieszono wszelkie loty cywilne, przez to mniej ważni goście musieli docierać drogą naziemną. Legendarna czerwona strzała, nocny ekspres z Moskwy, łączy w sobie elementy luksusu i zapach, który dzisiaj budzi już pewną nostalgię. Zapach ten dobiega z toalety, którą zawiaduje osobiście konduktor obecny w każdym sypialnym wagonie. To zawiadywanie polega głównie na tym, że kiedy pojazd zbliża się do stacji, a ściślej wjeżdża w obszar zabudowany, toaleta zostaje zamknięta na klucz, czemu towarzyszy ostrzeżenie przez megafon.

W przeciwieństwie do czerwonej strzały, w nowoczesnych pociągach są dziś toalety podobne jak w samolotach i dalekobieżnych autobusach, które nie zanieczyszczają jezdni, tak jak kiedyś robiły to pojazdy konne (w takim stopniu, że na przełomie minionych wieków podejrzewano, że koński nawóz na ulicach spowoduje zahamowanie dalszego rozwoju miast).

Skoro już dzisiaj zeszło mi na tak przyziemne tematy, wspomnę inny epizod dotyczący wydalniczego tabu. Zgodnie z powszechną tendencją do wyrównywania sprawiedliwie szans, w każdym miejscu publicznym rozwiniętego świata pojawiają się toalety przeznaczone dla niepełnosprawnych. Są one zwykle bardziej przestronne i wygodniejsze niż te zwykłe dla zdrowych, często są do tego lepiej położone, w bardziej dostępnych miejscach. Na przykład na lotniskach do publicznych toalet dla pełnosprawnych prowadzą czasem schody, te dla niepełnosprawnych położone są zaś o poziom wyżej. Wyznam szczerze, że często przychodzi mi korzystać z tej wygody i kilkakrotnie zostałem za to skarcony przez personel lotniskowy. Jak się łatwo domyślić, do karcenia doszło w Niemczech czy w Austrii, a więc w krajach, gdzie germańskie poczucie prawa jest szczególne.

A wracając do bezprawnego użycia toalety dla niepełnosprawnych mam na swoją obronę ojczysty argument, że zająłem ją, kiedy była dostępna i aż po horyzont żaden niepełnosprawny się nie zbliżał. Argument ten legł w zderzeniu z przekonaniem, że jak jest napisane „dla niepełnosprawnych”, to pełnosprawni nie mają prawa wchodzić. Zapytałem, tym razem kłamiąc, czy ja naprawdę wyglądam jak pełnosprawny, skąd ta pewność, z oglądu, że nim jestem (szczególnie, że zdarza się czasem, iż człowiek chce w toalecie dokonać jakichś specjalnych czynności higienicznych: zmienić opatrunek, zrobić sobie zastrzyk, zażyć lekarstwo itd.). Ten argument także nie trafił do stróża toaletowych porządków. Przyparty do muru rzuciłem hipotezę, że niepełnosprawni umysłowo też mają prawo korzystać z tych toalet. Stróż germańskiego poczucia prawa zasępił się i przytaknął. A ja wątpię, czy miałem rację.

środa, 18 stycznia 2012
Winnice rosną, niedługo winogrona. Pracowałem nad nimi 15 miesięcy. Czy warto? Chodowcy wiedzą.
     
     
   

Zrobiłem se też >>strone żeby być obecnym w sieci pod polskim imieniem.
Pasuje muzyka poniżej do jasnych domów.

środa, 11 stycznia 2012
Zakupy z Tesco leżą na stole
     
   
   
     

W tym tygodniu jest inaczej. Ładna pogoda i już jestem happy. Idę robić bagietki, lody i 7up...